Historia funduszy inwestycyjnych w Polsce rozpoczęła się od funduszy powierniczych. Taka była pierwsza nazwa jakże popularnego dzisiaj wehikułu inwestycyjnego. Zbieranie od tysięcy małych inwestorów skromnych kwot po to by zebrać w sumie dużo pieniędzy i zarabiać. Taka idea. Słuszna, ale nie idealna.

Pomysł na takie funkcjonowanie na rynku powstał bodaj w USA. Jakże prosta idea. Główny szkopuł polega jednak na tym, aby po pierwsze zdobyć zaufanie inwestorów, a po drugie go nie stracić. Fundusz powierniczy w pierwszej kolejności musi zebrać określoną, minimalną pulę z rynku. Jeżeli brak obiektywnych argumentów mogących przekonać potencjalnych zainteresowanych to sztuka się nie uda. Dlatego powstaje całe ustawodawstwo i ochrona prawna po to, by całość była regulowana. Po to, by zarządzający funduszem powierniczym nie zdefraudowali milionów swoich klientów. Odpowiednie regulacje powstały również w Polsce w latach bodaj dziewięćdziesiątych. Dzisiaj to już opasłe tomy dokumentów.

Po drugie ważne, aby pieniędzmi zarządzali profesjonaliści. No i dobrze by było, by jakość ich usług nie była oceniana ot tak, tylko raczej według określonych standardów. I tutaj również z pomocą musiało przyjść prawo i tak się stało. Powstają odpowiednie licencje, które należy posiadać, aby móc parać się funkcją zarządzającego portfelem funduszu. Drugi klocek układanki na miejscu.

Po trzecie giełda musi dać zarabiać. Fundusze inwestycyjne raczej nie są nastawione na grę spekulacyjną, na zarabianie na spadkach. Jeżeli więc na giełdzie króluje bessa, to fundusz inwestycyjny, choćby działał jak najbardziej etycznie, przejrzyście i profesjonalnie to nie zarobi i koniec.

No ale, kiedy wszystkie elementy układanki złożą się w całość, to fundusz powierniczy (dzisiaj inwestycyjny) może hulać na całego.

Loading...